Jest już Nokia 8.1.

Właśnie jesteśmy po premierze telefonu Nokia 8.1. Z jednej strony Finowie przygotowali świetny smartfon, ale z drugiej wydaje mi się, że wiele elementów nie do końca ze sobą zagrało.
Nokia 8.1 – dane techniczne
Wypada zacząć od podzespołów, jakie zostały zamontowane w samym smartfonie. Pod tym względem raczej nie ma na co narzekać. Najważniejszym, bo najbardziej widocznym elementem pozostaje 6,18-calowy ekran IPS TFT LCD o rozdzielczości Full HD+ w formacie 18,7:9 z wcięciem u góry. Na plus dla niego wspiera HDR10 i konwertuje do HDR dowolny materiał wideo na żywo.
Warto tu też wspomnieć o Snapdragonie 710. Dzięki niemu nie będzie można narzekać na wydajność, tym bardziej, że będzie wspierany przez 4 GB RAM, a na dane pojawią się 64 GB pamięci wbudowanej z możliwością rozbudowy. Bardzo dobrze prezentuje się aparat główny: 12 i 13 Mpix, uzupełniony przez optyczną (sic!) stabilizację obrazu, z kolei z przodu pojawiła się kamerka 20 Mpix. Tu również firma bardzo mocno pochwaliła się możliwościami swojego oprogramowania, szczególnie jego możliwości po zmroku.
Na pokładzie mamy już Androida 9 Pie, oczywiście sam sprzęt podlega pod program Android One, a jest zasilany baterią 3500 mAh ze wsparciem dla szybkiego ładowania. Obudowa pozostaje aluminiowa. Dostępna będzie w trzech wariantach kolorystycznych: niebiesko-szarym, metalowo-miedzianym oraz szaro-srebrnym.
Jak zniszczyć dobry model w jednym kroku
Patrząc po samej specyfikacji, Nokia 8.1 rysuje się na świetnego przedstawiciela klasy średniej. Ba! Nie brakuje tu również Bluetooth 5.0, NFC, dual SIM, wysokiej jakości mikrofonów (Nokia Ozo), złącza słuchawkowego, więc w czym tkwi problem? Aż chce się rzec, że jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
Nokia 8.1 w wersji 4/64 GB ma kosztować w Polsce 1999 złotych. Z jednej strony to jeszcze akceptowalna kwota, jak na tak potężny sprzęt, ale z drugiej za granicą został wyceniony na 399 euro, co oznacza kwotę bliższą 1700 złotych. Mnie osobiście tak duża różnica dziwi i naprawdę szkoda, że Finowie podeszli do tego w ten sposób. Inna sprawa, na ile Polska jest dla nich ważnym krajem.

Office i również Windows 10 czekają poważne zmiany w wyglądzie.

Okazuje się, że nie tylko ikony w pakiecie Office zyskają całkowicie nowy wygląd. Jon Friedman, który stoi za projektem zmian w pakiecie biurowym, w komentarzach pod swoim wpisem na blogu potwierdził, że zmiany czekają cały ekosystem Windows 10.
Pora na odświeżenie Windows 10
Jeśli przyjrzeć się uważniej wideo prezentującemu nowe ikony w pakiecie Office, to można zauważyć, że odświeżony wygląd dotyczy również innych ikon systemowych. Na obrazku poniżej widać chociażby nowe ikony aplikacji Mail, Photos czy Kalkulatora. To oczywiście tylko prezentacja, która skupia swoją uwagę na ikonach pakietu Office, więc ostatecznie finalny produkt może wyglądać inaczej, ale daje nam to pewien pogląd na to co może nas czekać za kilka miesięcy w Windows 10.
Microsoft chce podejść do tematu zmiany wyglądu ikon całościowo. Oznacza to nie tylko nowe ikony na komputerach PC, ale również na smartfonach z systemem iOS oraz Android. Nowy design ma być spójny pomiędzy wszystkimi platformami, a nowe rozwiązania techniczne zapewnić odpowiednie skalowanie. Office to dopiero początek, Jon Friedman w komentarzu pod swoim postem na blogu wspomina, że teraz gdy mają już ustalony wzór w postaci ikon dla pakietu biurowego, przystąpią do prac nad ikonami dla innych aplikacji Microsoftu. Oznacza to, że któraś kolejna aktualizacja Windows 10 może przynieść nam spore zmiany w wyglądzie systemu.
Już najwyższy czas na nowy Windows 10
Patrząc na cykl wydawniczy w ostatnich 10 latach, nowa wersja systemu Windows pojawiała się mniej więcej co 3 lata. Od premiery Windows 10 minęło już blisko 3,5 roku i raczej w najbliższym czasie nie zapowiada się, aby cokolwiek miało popularną „dziesiątkę” zastąpić. Nowa wersja systemu zawsze jednak oznaczała spore zmiany w wyglądzie, które nie zawsze przypadały do gustu użytkownikom (pamiętacie Windows 8? ;-)). Być może ktoś w Redmond doszedł do wniosku, że nawet jak nazwa pozostanie, to warto zaserwować użytkownikom mały powiew świeżości. Osobiście nie mam nic przeciwko temu, jeśli będzie tyczyło się to tylko ikon.

 

źródło: antyweb.pl

Polski laptop Hiro 950 z Nvidia GTX 1070 Max-Q. Jak się sprawdził?

Nazwa Hiro najprawdopodobniej nikomu nic nie powie, jeśli chodzi o popularność daleko jej do typowo gamingowych marek, takich jak MSI, Asus czy Acer. Ma jednak w swojej ofercie kilka całkiem fajnych laptopów do gier, na których można też śmiało pracować.
Hiro to polska marka komputerów i akcesoriów przeznaczonych dla graczy – marka bardziej znanej firmy, NTT. Czy wypuszczenie własnych laptopów do gier ma sens? Sprawdzamy.
Wygląd i wykonanie Hiro 950
Laptop ma wymiary 380 x 252mm, grubość 18,6mm, do tego waży niecałe 2 kilogramy. Na pierwszy rzut oka trudno zgadnąć, że jest to sprzęt przeznaczony dla graczy i tak naprawdę zdradza to dopiero podświetlana klawiatura RGB. Ewentualnie delikatne podświetlenie na klapie.
Na prawej ściance mamy złącze do mikrofonu, złącze do słuchawek, port USB, czytnik kart pamięci, port do kabla sieciowego oraz złącze zabezpieczające. Na lewej port HDMI, dwa mini display port, dwa złącza USB-C oraz dwa USB. Sporo jak na tak smukłą konstrukcję, co na pewno docenią osoby podpinające laptopy pod monitory i traktujące je jak namiastkę domowego komputera stacjonarnego. Obudowa wydaje się być zrobiona dobrej jakości materiałów i nieźle spasowana. Nawet kiedy sprzęt się trochę nagrzał podczas grania, póki co nic tu nie skrzypiało – jestem natomiast bardzo ciekawy co będzie później. Niestety kilka laptopów dla graczy po dłuższym czasie użytkowania potrafiło mnie w tej kwestii niemiło zaskoczyć.
Ekran ma przekątną 15,6” – to matowa matryca TFT-LCD oferująca rozdzielczość 1920×1080. Kąty widzenia jak na wyświetlacza tego typu są w porządku, podobnie jak nasycenie barw oraz jasność maksymalna i minimalna. Na duży plus na pewno odświeżanie ekranu wynoszące 144 Hz. Sam korzystam w domu z monitora 60 Hz i tęsknię za różnicą, którą widzę podczas grania korzystając z wyświetlaczy z 144 Hz. Oprócz podświetlenia mamy więc kolejny gamingowy akcent.
Klawiatura posiada oddzielny blok numeryczny. Podczas pisania jest bardzo przyjemna, ma niski skok, jest cicha. Trochę żałuję, że nie miałem okazji sprawdzić modelu Hiro 700, gdzie zastosowano klawiaturę mechaniczną, która na pewno lepiej sprawdza się w grach. Generalnie ostatnio korzystam tylko z takich konstrukcji i dość ciężko jest mi wrócić do innych rozwiązań. Natomiast patrząc na różnicę w grubości obudowy obu modeli, wybrałbym jednak smuklejszą konstrukcję.
Nie znalazłem jeszcze gładzika, który działałby tak dobrze jak płytki dotykowe w MacBookach i ta w Hiro 950 nie jest wyjątkiem. Trudno się tu jednak przyczepić do samego panelu, po którym wodzimy palcem. Jest odpowiednio responsywny, wolałbym jednak żeby przyciski były z nim zintegrowane – tu natomiast są oddzielone. Ma to oczywiście swoje plusy, takie jak brak szans na ich przypadkowe wciśnięcie, jednak są dość głębokie przez co zwalniają cały proces obsługi komputera w ten sposób. W lewym górnym rogu gładzika dodano czytnik linii papilarnych.
Klawiatura posiada podświetlenie RGB, które możemy regulować za pomocą zainstalowanej w systemie aplikacji Command Center. Jest ok, może trochę za bardzo odpustowa, ale w miarę czytelna. Natomiast często potrafiła się bardzo długo uruchamiać.
Z jej poziomu mamy również wgląd w “system monitor”, czyli rozpiskę podstawowych informacji o komputerze. Są tu też takie dane jak prędkość obrotu wiatraków przy CPU i GPU oraz temperatura poszczególnych układów.
Podzespoły i wydajność Hiro 950
Laptop Hiro 950 nie jest mięczakiem i wpakowano do niego całkiem konkretne układy. Sercem urządzenia jest 6-rdzeniowy procesor Intela 8. generacji Core i7-8750H. Został wyposażony w technologię Turbo Boost. Pozwala ona w inteligentny sposób zwiększać taktowanie zegarów gdy potrzebna jest większa wydajność.
Całkiem nieźle prezentuje się również układ graficzny – mamy tu kartę NVIDIA GeForce GTX 1070 Max-Q z 8GB pamięci RAM. Układ charakteryzuje się około 40% szybszym działaniem od mobilnego GTX1060 montowanego w wielu innych gamingowych laptopach i powinniście poczuć ten przyrost mocy w grach. Egzemplarz, który do mnie trafił miał 16 GB pamięci RAM, choć można go rozbudować do 32GB, istnieje również możliwość konfigurowania sprzętu przed zakupem – pod kątem innych dysków.
Podczas grania czy renderowania filmów w Adobe Premiere Pro nie zauważyłem żeby sprzęt się przesadnie grzał – czego w sumie można się spodziewać po tak smukłej konstrukcji. Przy większym obciążeniu urządzenie robiło się cieplejsze w prawym górnym rogu obudowy, w okolicach przycisków ESC i Tab, później również w okolicach przycisku power, pod ekranem. Nie było to jednak na tyle odczuwalne by psuło komfort trzymania urządzenia na kolanach. Laptop nie dawał też o sobie przesadnie znać jeśli chodzi o głośność. Jasne, dociążony rozkręcał wiatraki, nie było to jednak przesadnie dokuczliwe – szczególnie patrząc przez pryzmat innych gamingowych konstrukcji, które potrafią czasem włączyć tryb helikoptera, gdzie granie bez słuchawek jest praktycznie niemożliwe.
Sprzęt sprawia wrażenie solidnego i całkiem wydajnego, szczególnie patrząc pod kątem wielkości konstrukcji. Podświetlenie klawiszy można wyłączyć, wtedy nic nie będzie zdradzać, że to sprzęt dla graczy i śmiało można go zabrać na spotkanie biznesowe.
Teoretycznie laptopy Hiro 950 zaczynają się od około 6300 złotych, jednak oferta w oficjalnym sklepie NTT może prowadzać w błąd, bowiem jeśli klikniecie „dopasuj” okaże się, że to cena sprzętu bez jakiegokolwiek dysku twardego. Kiedy dobrałem parametry do testowanego przeze mnie egzemplarza, dodając jeden dysk SSD o pojemności 256 GB, drugi HDD 1TB i 16GB RAM-u, cena skoczyła do 6 991,53 zł.

źródło: antyweb.pl

LG patentuje smartfon z szesnastoma aparatami.

Koncern LG opatentował koncepcję zastosowania w swoich smartfonach modułu złożonego z szesnastu aparatów fotograficznych. Producent zapowiada, że dzięki temu rozwiązaniu będzie możliwe robienie zdjęć w niespotykanej dotąd jakości, nagrywanie filmów 3D oraz wprowadzenie dodatkowych narzędzi obróbki fotografii.
Jak poinformował serwis Engadget uprawnienia patentowe zostały przyznane LG przez amerykański urząd patentów i znaków towarowych (United States Patent and Trademark Office). Zgłoszone przez producenta rozwiązanie polega na umieszczeniu na tylnej obudowie smartfona modułu zawierającego 16 oddzielnych aparatów fotograficznych (w układzie 4 x 4). Taka koncepcja nie była dotąd obecna na rynku, choć od pewnego czasu dostawcy smartfonów stosują w niektórych modelach większą liczbę kamer – przykładem może być zaprezentowany w październiku br. Galaxy A9 z poczwórnym aparatem fotograficznym oraz jego następca, w którym spodziewanych jest 6 kamer umieszczonych na tylnej obudowie urządzenia.
LG zapowiada, że zastosowanie w nadchodzących smartfonach zestawu 16 głównych aparatów fotograficznych pozwoli na wykonywanie zdjęć o niespotykanej dotąd jakości, a także nagrywanie filmów w technologii 3D. Według producenta opracowanie wraz z opatentowaną koncepcją odpowiedniego oprogramowania sprawi m.in. że możliwe będzie decydowanie przez użytkownika z ilu obiektywów chce skorzystać przy konkretnym ujęciu czy też wybranie najlepszej z kilku różnych fotografii wykonanych w jednym momencie. Z kolei dzięki zastosowaniu specjalnego zwierciadła zestaw 16 kamer ma być też przydatny przy robieniu smartfonem zdjęć typu selfie.
Na razie nie wiadomo kiedy na rynku pojawią się pierwsze smartfony LG wykorzystujące opatentowaną technologię. Obecnie najbardziej zaawansowanym pod względem fotografii modelem tego producenta jest wprowadzony w październiku br. LG V40 ThinQ oferujący 5 aparatów – 3 główne oraz 2 kamery przeznaczone do selfie.

 

żródło: wirtualnemedia.pl

Samsung Galaxy S10 z płaskim ekranem.

Samsung Galaxy A7_2018

Samsung Galaxy S10 zadebiutuje w trzech wersjach na początku 2019 roku. Najwięcej mówiło się do tej pory dwóch wyższych konfiguracjach, ale paradoksalnie to ta najniższa może stać się hitem sprzedaży z uwagi na cenę.
W następnym roku Koreańczycy zaprezentują trzy wersje swojego flagowca. Postąpią tu podobnie jak Apple, które wprowadziło do sprzedaży dwa high-endy z prawdziwego zdarzenia, tj. Xs i Xs Max, a jako uzupełnienie dali tańszego Xr. Ten ostatni też nie ma ekranu OLED, podwójnego aparatu, wygląda gorzej, choć w zamian oferuje najlepszy czas pracy i dostępność w różnych wariantach kolorystycznych.
„Budżetowy” Samsung Galaxy S10 zostanie stworzony według podobnych wytycznych. Będzie tańszy i jednocześnie słabszy od reszty rodzeństwa, ale też nie bez przesady. Po pierwsze otrzyma on płaski wyświetlacz Super AMOLED, naturalnie bezramkowy, co z pewnością skusi do wyboru właśnie jego wiele osób. Mimo wszystko nie każdemu podoba się obustronnie zakrzywiony panel. Moim zdaniem bardzo dobry krok ze strony firmy, aby zaoferować tu również bardziej tradycyjny wyświetlacz, co pozwoli dodatkowo obniżyć koszt produkcji. Warto też dodać, że będzie to technologia Infinity O, czyli sensory czy kamerka przednia będą umieszczone bezpośrednio w ekranie.
Z racji na niższą cenę, ten wariant nie doczeka się też skanera linii papilarnych w ekranie. Nie będzie go też na pleckach, a ma zostać przeniesiony na bok, tak samo jak w np. Galaxy A7 2018. Myślę, że to nawet niezłe wyjście z takiej sytuacji.
Słabiej i mniej
Dosyć zaskakujący może okazać się procesor. Na razie mówi się o tym, że najtańszy Samsung Galaxy S10 będzie musiał zadowolić się Snapdragonem 845, czyli już obecnie stosowanym SoC, a szanse na nowego 8150 są mniejsze. Sądzę jednak, że finalnie Koreańczycy postawią na tą drugą opcję. Już LG próbowało raz sprzedawać flagowca (G6) z zeszłorocznym układem i nie wyszło to dla nich na dobre.
Z tyłu pojawi się podwójny aparat. Reszta rodziny S10 będzie mogła pochwalić się już potrójnym modułem, ale trudno uznać to za ogromną przewagę. Zdecydowanie da się bez tego żyć szczęśliwie. W sprzedaży mają pojawić się trzy warianty najuboższego Galaxy S10, różniące się między sobą ilością RAM i pamięci wbudowanej: 4/64, 6/64 i 6/128 GB.
Premiera powinna odbyć się w lutym 2019 roku. Na koniec został temat cen i tu Koreańczycy delikatnie zawiodą. Obecnie pojawiają się wzmianki o cenie na poziomie 650 – 750 dolarów, co najpewniej w Polsce przełoży się na kwotę rzędu 2999 złotych. Nie będzie to hit cenowy, ale jeżeli będzie prezentował się odpowiednio dobrze, to ma szansę świetnie się sprzedawać. Tym bardziej, że wyższe odmiany mogą być dla wielu osób przesadnie drogie, a taki uboższy krewny zdawałby się być wystarczający. Zobaczymy jeszcze, co pokaże konkurencja. Wydaje mi się, że nowości od Huawei czy Xiaomi mogą pokrzyżować plany Koreańczyków.

źródło: antyweb.pl

Karta eSIM w Polsce.

Brytyjski operator komórkowy Truphone jako pierwszy zaoferował w Polsce korzystanie ze standardu eSIM, który eliminuje konieczność używania tradycyjnej karty SIM. Nowa usługa jest dostępna tylko dla użytkowników najnowszych iPhone’ów i pozwala na razie wyłącznie na korzystanie z mobilnego internetu w cenie od 25 do 200 złotych.
Nowy standard o nazwie eSIM ma stopniowo wyprzeć z telefonów tradycyjne karty SIM. eSIM ma postać elektronicznego chipa MFF2 o rozmiarach kilku milimetrów montowanego bezpośrednio na płycie głównej telefonu. Aby urządzenie wyposażone w eSIM mogło nawiązywać połączenia telefoniczne czy łączyć się z internetem w pamięci chipa musi znaleźć się konkretny numer telefonu. Nie jest natomiast wymagane dodatkowe działanie użytkownika w postaci montowania w specjalnym gnieździe znanej dzisiaj powszechnie karty SIM. Standard eSIM zastosowany w praktyce pojawił się przy okazji prezentacji przez Apple nowych modeli iPhone’ów. Producent zapowiedział wówczas, że wprowadzane na rynek iPhone’y Xs, Xs Max oraz XR zaoferują tryb Dual SIM – Dual Standby, w którym zostanie wykorzystane rozwiązanie eSIM w połączeniu z tradycyjną kartą telefoniczną.
Truphone pierwszy w Polsce. Jak wynika z informacji uzyskanych przez Wirtualnemedia.pl obecnie wszyscy najwięksi operatorzy w Polsce mają w swoich planach wprowadzenie do oferty standardu eSIM, jednak dokładniejsze terminy w tym zakresie nie są znane. Tymczasem własną propozycję usług związanych z eSIM wprowadził już na naszym rynku Truphone, brytyjski operator wirtualny wykorzystujący w Polsce infrastrukturę P4, właściciela sieci Play.
Aby skorzystać z nowej oferty eSIM w Truphone użytkownik musi posiadać jeden z najnowszych smartfonów Apple – iPhone’a Xs, Xs Max lub XR i zainstalować w nim ze sklepu App Store aplikację My Truphone. Następnie konieczne jest podane swojego adresu e-mail oraz wykupienie jednego z oferowanych pakietów internetowych i aktywowanie go w iPhonie.
Na razie w Truphone możliwe jest wykupienie jedynie usług eSIM związanych z korzystaniem z mobilnego internetu, które mają działać według zapewnień operatora w ponad 80 krajach na świecie. Obecnie dostępne są 3 pakiety – 300 MB na jeden dzień za 25 zł, 1 GB dostępny przez 30 dni za 70 zł oraz 3 GB na miesiąc w cenie 200 zł.

źródło: wirtualnemedia.pl

Mi 8 Lite – nowy smartfon Xiaomi.

Firma Xiaomi wprowadziła do sprzedaży w Polsce nowego smartfona – model Mi 8 Lite.
Mi 8 Lite ma 7.5 mm grubości, ekran LCD o przekątnej 6,26 cala i o proporcjach 19:9, który wyświetla obraz w rozdzielczości FHD+ (2246 x 1080). Ekran chroniony jest przez Corning Gorilla Glass piątej generacji. Do stworzenia szklanych „pleców” telefonu wykorzystana została technologia NCVM (non-conductive vapor metallization), dzięki której uzyskano na powierzchni mieniący, gradientowy efekt.
Główny, podwójny aparat (matryca 12 Mpx + 5 Mpx z czujnikiem Sony IMX363) został wyposażony w przesłonę f/1.9 z wielkością pojedynczego piksela 1.4µm oraz system Dual Pixel Autofocus. Natomiast w przednim aparacie z sensorem Sony IMX576 o rozdzielczości 24 Mpx (1.8µm, f/2.2) zastosowano technologię Super Pixel (kumulowanie 4 pikseli w jeden). Zarówno przedni, jak i tylny aparat wspierane są przez sztuczną inteligencję, która pomaga w dopasowaniu odpowiedniego trybu (AI portrait, AI beautify, AI video beautify, AI portraits). Nowa funkcja ekranu dostosowuje natężenie i rodzaj emitowanego światła do otoczenia, doświetlając twarz tak, aby uzyskać lepszy efekt zdjęcia. Ponadto, w przypadku głównego aparatu, sztuczna inteligencja pozwala na wybranie i stworzenie tła z efektem rozmycia po zrobieniu zdjęcia. Mi 8 Lite został wyposażony w ośmiordzeniowy procesor Qualcomm SnapdragonTM 660 z technologią Artificial Intelligence Engine (AIE), procesor graficzny Qualcomm Adreno 512 oraz do 6 GB pamięci LPDDR4x DRAM.
Smartfon ma baterię o pojemności 3350 mAh z modułem ładowania Qualcomm Quick Charge 3.0 poprzez port USB typu C. Z tyłu urządzenia znajduje się sensor, który umożliwia odblokowanie go za pomocą czytnika linii papilarnych. Ponadto będzie można skorzystać z opcji odblokowania twarzą (face unlock). Dzięki możliwości instalacji karty, pamięć wewnętrzną 64 GB lub 128 GB można rozszerzyć o 256 GB. Smartfon obsługuje także dwie karty SIM.
Mi 8 Lite będzie dostępny w polskiej dystrybucji (Mi Stores, mi-home.pl, Media Expert, Neonet, Media Saturn, Komputronik, x-kom.pl, RTV Euro AGD, Ggmedia, ROLV) od 2 listopada 2018 r., w kolorach niebieskim (Aurora Blue) i czarnym (Midnight Black). Za wersję 4 GB + 64 GB trzeba będzie zapłacić 1299 zł, natomiast 6 GB + 128 GB – 1499 zł.

źródło: wirtualnemedia.pl

Drogi pacjencie, wpadnij do szpitala na update!

Ostatnio w mediach coraz więcej uwagi poświęca się “inteligentnym” implantom medycznym. Dla wygody pacjentów, wiele tego typu urządzeń jest wyposażonych w interfejsy bezprzewodowej komunikacji. Problem w tym, że interfejsy nie służą jedynie do “zgrywania” danych z urządzenia. Czasem za ich pomocą można implant przeprogramować. A to może oznaczać poważne kłopoty dla człowieka, któremu implant pomaga pozostać przy życiu.

Niebezpiecznik.pl już w roku 2011 pisał o możliwości “hakowania ludzi” opisując ataki na urządzenia (implanty) medyczne. Wtedy był to nowy temat, ale teraz żyjemy już w czasach “IoT”, gdzie wszystko jest podpinane do internetu. Niedawno w USA sąd rozstrzygał pozew związany z przetwarzaniem danych przez inteligentny wibrator (sic!). Wydaje się, że w takich czasach bezpieczeństwo rozruszników też powinno wskoczyć na wyższy poziom. Ale niestety tak nie jest…
Dziś chcieliśmy bardziej szczegółowo opisać rozruszniki serca. Mogą one łączyć się z programatorami i domowymi monitorami, a jak się okazuje, te urządzenia mają tysiące błędów w oprogramowaniu i różne luki konstrukcyjne. Co gorsza, producenci niespecjalnie się tym przejmują…
Niepokojący raport.
Dr. Jonathan Butts oraz Billy Rios z firmy Whitescope opublikowali jakiś czas temu dość obszerny raport na temat rozruszników serca. Na wstępie trzeba zaznaczyć, że badacze mogli uważniej zbadać problem dzięki temu, że w roku 2016 przyjęto w USA zmiany dotyczące wyjątków w DMCA (ustawie, która zawiera m.in. zapisy zabraniające łamania rozwiązań DRM). Mówiąc prościej badacze mogli legalnie obejść pewne zabezpieczenia, aby zobaczyć (i ujawnić) jak rozruszniki działają. W ramach swoich badań Butts i Rios nabyli rozruszniki, programatory do rozruszników oraz sprzęt do monitorowania rozruszników w domu. Szczególnie ciekawym obiektem były programatory — urządzenia służące do programowania rozrusznika u lekarza. Zwykle mają one formę urządzenia z ekranem i klawiaturą, które przypomina trochę starego laptopa, a trochę zabawkę dla dzieci. Oto przykładowy programator, którego fotografię wrzucamy w celach wizualizacji programatora — nie sugerujemy, że to jego dotyczą błędy.

Problemy z programatorami.
W celu zakupienia urządzeń badacze nie musieli udawać się do specjalistycznych sprzedawców. Jak wiadomo, na eBay da się dostać wszystko …
Po zbadaniu urządzeń ustalono m.in., że w 4 programatorach od 4 różnych dostawców było aż 8 tysięcy znanych luk wynikających ze stosowania przestarzałych bibliotek w oprogramowaniu. Większość programatorów miało szyfrowany dysk, ale nie wszystkie. Pracowały one pod kontrolą różnych systemów, najczęściej starych jak np. Windows XP. Jedno z urządzeń miało nawet OS/2!
Badane urządzenia włączały oprogramowanie programujące nie wymagając żadnego loginu i hasła. Co więcej: „dowolny programator może programować dowolny rozrusznik danego dostawcy”
Komunikacja rozrusznika z programatorem odbywa się przez “aplikację” uruchomioną na programatorze. Aplikacja zawiera komendy wspierane przez konkretny model rozrusznika (czyli może być kilka takich aplikacji na jednym programatorze). Aplikacja może zmieniać nie tylko ustawienia terapii, ale nawet firmware rozrusznika, a ten firmware nie jest w żaden sposób kryptograficznie podpisany. Teoretycznie możliwe jest wrzucenie na rozrusznik “złośliwego” firmware’u. Czyli takiego który nie zareaguje wtedy kiedy powinien albo zareaguje wtedy kiedy nie powinien.

Monitory też są dziurawe.
W raporcie badaczy jest wiele innych niepokojących ustaleń. Domowe monitory do rozruszników mają porty USB co otwiera drogę do wrzucenia złośliwego oprogramowania na monitor. Ale oczywiście ryzyko tego, że posiadacz implantu będzie sam sobie infekował monitor jest znikome. Niestety, te monitory pobierają aktualizację z internetu i niekoniecznie sprawdzają źródło systemu dystrybuującego firmware. Teoretycznie możliwy jest więc atak man-in-the-middle, w ramach którego atakujący dostarcza spreparowany firmware na monitor.
Producenci urządzeń nie stosują technik, które utrudniałyby reverse engineering firmware’u. System plików nie jest szyfrowany, a niektóre urządzenia mają wymienialne nośniki. Proces rozwijania produktów jest przyśpieszany poprzez korzystanie z dostępnych na rynku układów, a oprogramowanie działa w oparciu o biblioteki od firm trzecich. To wszystko sprawia, że przygotowanie ataku jest łatwiejsze.

Problem jak widać, dotyczy nie tylko rozruszników serca, ale całego ich ekosystememu. Butts i Rios nie podali nazw firm, których produkty są podatne. Badacze zgłosili jedynie luki amerykańskiemu Departamentowi Zdrowia. Zależało im na tym, aby utrzymać dyskusję o urządzeniach medycznych na poziomie merytorycznym. Łatwo bowiem zeskoczyć na poziom emocjonalno-spiskowy, a to nie przyniesie nic dobrego.
To się naprawi… gdy coś się stanie.
W maju 2017 roku pojawił się także raport Ponemon Institute przygotowany wspólnie z firmą Synopsys. W ramach tego badania zrobiono sondaż wśród producentów urządzeń oraz zakładów opieki zdrowotnej. Obie grupy badanach przyznały, że pacjenci i lekarze są narażeni na ataki. Obie grupy zgadzają się również, że używanie urządzeń przenośnych znacząco zwiększa ryzyko.
Czyli będziemy się przejmować dopiero gdy coś się wydarzy! Jak widać, nie tylko Polak mądry po szkodzie. W raporcie znajduje się też przerażający wykres pokazujący odpowiedź na pytanie “Czy Twoja organizacja robi coś, aby zapobiec atakom na urządzenia medyczne?”. Słupki niebieskie oznaczają producentów, a czerwone służbę zdrowia.

Z sondażu wynika również, że 49% producentów nie przejmuje się uwagami US Food and Drug Administration w zakresie tego jak zabezpieczać urządzenia. Podobnie postępuje 56% zakładów opieki zdrowotnej.
Drogi pacjencie, wpadnij do szpitala na update!
Firma Abott, producent rozruszników serca, nie tak dawno przesłała do 500 000 swoich pacjentów list. Proszono, aby w najbliższym czasie pacjent stawił się w szpitalu w celu dokonania “operacji aktualizacji oprogramowania” w wszczepionym rozruszniku.
Aktualizacja musiała być dokonywana pod okiem lekarzy, bo jak oszacowała firma, ok. 1% aktualizacji zakończy się niepowodzeniem. A to oznacza ryzyko śmierci dla ok. 5000 pacjentów. W trakcie niepowodzenia lepiej więc być blisko stołu operacyjnego…
Mam rozrusznik serca. Co robić? Jak żyć?
Trzeba realizować zalecenia lekarza i żyć zdrowo. Najlepiej się nie przejmować. To podobno szkodzi. Ryzyko wystąpienia ataku na medyczny implant nie wydaje się obecnie duże. Zabić człowieka można w końcu na wiele zdecydowanie prostszych sposobów.
Niestety, właściciele rozruszników serca nie mogą ich po prostu nie stosować więc często rozsądniejsze będzie noszenie “dziurawego” rozrusznika niż niestosowanie go wcale. To samo dotyczy wielu innych urządzeń. Najważniejszą pracę w tym zakresie mają do wykonania specjaliści od bezpieczeństwa, producenci oraz – być może – politycy. To nie jest problem jednego czy kilku urządzeń. Problemem są przyjęte na rynku standardy, a tym standardem jest ignorowanie pewnych problemów.
Media póki co tylko “sensacyjnie” opisują tego typu badania i wnioski z nich płynące. To daje lajki dziś, ale jutro wszyscy o problemie zapomną. Tymczasem potrzeba długofalowych zmian, które wprowadzą znaczące usprawnienia w konstrukcji całych ekosystemów urządzeń medycznych.

źródło: niebezpiecznik.pl

Winamp powróci ! :)

Winamp powróci jako wielofunkcyjny odtwarzacz muzyczny Firma Radionomy, obecny właściciel popularnego w przeszłości programu Winamp zapowiedziała na 2019 rok jego nową wersję oznaczoną numerem 6. Aplikacja ma zostać przystosowana do obecnych wymagań użytkowników, będzie dostępna w mobilnej wersji i zaoferuje korzystanie z różnych źródeł muzyki, w tym z serwisów streamingowych.
Winamp został wprowadzony na rynek w 1997 r. i przez wiele lat był jednym z najpopularniejszych programów do odtwarzania muzyki w formacie MP3. Umożliwiał także słuchanie płyt CD i zgrywanie ich zawartości, oferował też szerokie możliwości dostosowania do wymagań użytkowników. W 2002 r. Winamp został przejęty przez koncern AOL, który w 2013 r. podjął decyzję o końcu rozwijania aplikacji, bowiem przegrywała ona konkurencję z innymi odtwarzaczami dostępnymi na rynku, przede wszystkim zaś z muzycznymi platformami streamingowymi. W 2014 r. Winamp zakupiła belgijska firma Radionomy, jednak od tamtej pory nie aktualizowano tego oprogramowania. Teraz zapowiedziano, że Winamp ma powrócić do gry i ponownie przyciągnąć do siebie użytkowników. Według informacji ujawnionych przez producenta w ciągu najbliższych kilku dni Winamp zostanie zaktualizowany do wersji oznaczonej symbolem 5.8, która jednak wprowadzi jedynie niewielkie poprawki dotyczące płynności działania i bezpieczeństwa. Winamp zostanie reaktywowany w 2019 roku Prawdziwy przełom ma nastąpić w 2019 r., na który Radionomy zapowiada wydanie Winampa 6. Zgodnie z planem aplikacja będzie przeznaczona nie tylko do komputerów, ale pojawi się również jako odtwarzacz mobilny do systemów iOS i Android. Ponadto nowy Winamp ma pozwalać na słuchanie muzyki z wielu różnych źródeł. – Nowa wersja, która pojawi się w przyszłym roku umożliwi nie tylko słuchanie plików MP3 z komputera czy smartfona, ale także z internetowych platform streamujących muzykę – ujawnił Alexandre Saboundjian, szef Radionomy w rozmowie z serwisem TechCrunch. Na razie nie zdradzono dodatkowych szczegółów dotyczących m.in. tego czy zapowiedziany Winamp 6 będzie pozwalał na korzystanie z popularnych serwisów muzycznych takich jak Spotify czy Apple Music. Tajemnicą pozostaje także dokładniejszy termin ewentualnego powrotu odtwarzacza w nowej wersji.

źródło: wirtualnemedia.pl

Samsung chyba oszalał. Zamiast audiojacka będą …

dawać czwarty aparat.

Cztery aparaty w smartfonie wciąż brzmią jak wiadomość z przyszłości, nawet z 2019 czy 2020 roku, ale okazuje się, że tym razem Samsung chce wyjść przed szereg. Co kombinują dokładnie?
Cztery aparaty? Tak, by być lepszym od reszty
Samsung już wcześniej udostępnił grafikę promocyjną, która wskazywała na to, że zaprezentują nowość z czterema aparatami głównymi. Tu jednak wiele osób zastanawiało się, czy rzeczywiście firma zdecyduje się na taki krok. Dotychczas podchodziła bardzo spokojnie do takich nowości, nawet jako jedna z ostatnich wprowadziła podwójny aparat. Tym razem chcą po prostu być szybsi od reszty.
Niedawno pokazali Samsunga Galaxy A7 z potrójnym modułem. Za 1599 złotych to ciekawa propozycja i wreszcie sensownie wyceniona w stosunku do swoich możliwości. Znacznie ciekawiej zapowiada się jednak wyżej pozycjonowany model. Mianowicie Samsung Galaxy A9 odda nam do dyspozycji aż cztery sensory! Za co dokładnie będzie odpowiadał każdy z nich? Dzięki Evanowi Blassowi, dowiedzieliśmy się już dokładnie i ich podział prezentuje się następująco: główna matryca 24 Mpix z f/1.7, 8 Mpix z f/2.4 i kątem widzenia 120 stopni, 10 Mpix z f/2.0 i teleobiektywem oraz 2-krotnym zoomem optycznym, a także 5 Mpix z f/2.2 do wykrywania głębi obrazu.
Z pewnością da ogromne możliwości. Spójrzcie tylko na to, jaki ten smartfon będzie brzydki z tyłu, chyba równie bardzo, co Pixel 3 XL z przodu. Jeżeli ktoś nie zwraca uwagi na wygląd, z pewnością doceni specyfikację Galaxy A9. Cztery aparat to tylko wstęp dla Snapdragona 660, 6 GB RAM, 128 GB pamięci wbudowanej, 6,28-calowego ekranu Super AMOLED, kamerki 8 Mpix z f/1.7 oraz baterii 3720 mAh. Oficjalna premiera 11 października.
Audio jack odchodzi w niepamięć.
Równocześnie dowiedzieliśmy się, że Samsung szykuje się już do usunięcia złącza słuchawkowego 3,5 mm ze swoich przyszłych telefonów. Co ciekawsze, pojawi się ono jeszcze w Samsungu Galaxy S10. Podobno już Note 10 ma zostać pozbawiony tego dodatku i aż zaskakujące, że finalnie firma chce przejść na USB typu C i oferowanie dedykowanych akcesoriów pod ten port. Podobno głównym argumentem jest chęć zaoszczędzenia miejsca na pozostałe podzespoły.
Na pewno Samsung szykuje dużo zmian, ale zaczynam zastanawiać się, czy nie rozpoczyna na nowo swojego pokazu siły.

źródło: antyweb.pl